25
RSS
środa, 14 stycznia 2009
Nazywam się Bond, towarzysz Bond

Ten krótki tekst został zainspirowany jedną z tych dyskusji, w których toku stanowiska obu stron coraz bardziej się polaryzują. Jest to więc zdecydowanie szukanie argumentów pod tezę, a nie próba krytycznej interpretacji. Zresztą żaden ze mnie fan ani znawca Bonda - serię znam przede wszystkim z omówienia Umberto Eco w eseju ze zbioru "Superman w literaturze masowej".

Z drugiej strony, oglądając "Quantum of Solace", miałem niesamowitą przyjemność patrzeć jak JB rozprawia się z kapitalistyczną międzynarodówką i niesie nadzieję na sprawiedliwość społeczną w dotkniętej suszą Boliwii.


Egzorcyzm dla pretendującego macho

W filmie „Casino Royale” z 1967, parodii przygód Jamesa Bonda, w jednej z ostatnich scen tym złym, stojącym za diaboliczną organizacją, której celem jest zdobycie władzy nad światem, okazuje się być bohater grany przez Woodiego Allena. Tajną bronią masowej zagłady jest bomba, która zabije wszystkich mężczyzn przystojniejszych od Allena.

Film nie zyskał dobrych recenzji. Głównie z powodu pogmatwanej (nawet jak na parodię) fabuły. Poszczególne wątki podejmowane są tylko po to, by za chwilę zostały porzucone i zapomniane (nad filmem pracowało – niezależnie od siebie – pięciu różnych reżyserów). Niemniej jeden z tych wątków - nowojorski komik w roli głównego złoczyńcy - jest, moim zdaniem, całkiem trafioną dekonstrukcją postaci antagonisty Bonda.

Typowy przeciwnik agenta 007 jest potworem. Jest niestabilny psychicznie, zdeformowany fizycznie, z zaburzoną seksualnością. Często pochodzi z Europy Wschodniej, albo innej „niecywilizowanej” części świata. Na pewno nie jest Anglikiem. Postępuje według misternego planu, który w końcu i tak go zawiedzie. Jest całkowitym przeciwieństwem Bonda – opanowanego atlety, pewnego siebie, pełnego seksualnej energii, nad którą potrafi panować i której nie zawaha się użyć.

Teoretycznie każda część przygód Bonda rozgrywa się na jakimś szerszym tle. Bond walczy z wysłannikami Związku Radzieckiego albo z jakimiś tajemniczymi organizacjami dążącymi do władzy nad światem. Źli walczą jednak nie tyle z Wolnym Światem, co z samym Bondem – ucieleśnieniem wszystkiego tego, czym nie są i nigdy nie będą. Czasami warto pochylić się nad ich tragicznymi, z góry skazanymi na niepowodzenie próbami.

W „Casino Royale” z 1967 trik z głównym przeciwnikiem polega na tym, że nagle nabiera on bardzo ludzkich cech - staje się postacią z krwi i kości, a nie kolejnym demonicznym złoczyńcą z kraju za górami. Właściwie wszystko jest tak samo, tyle że tym złym okazuje się typowy neurotyk i frustrat, w którego Allen wciela się chyba we wszystkich swoich rolach. Czy (męski) widz patrzy na samego siebie – gościa, który chciałby być taki jak Bond, ale nigdy nie będzie? Kogoś, kto fascynując się Bondem, jednocześnie skrycie (Allen w końcu też ukrywa resentyment za demoniczną maską) go nienawidzi.

Przez pryzmat postaci Allena jako antagonisty można spojrzeć na sztampowe fabuły opowieści z Bondem jak na serię egzorcyzmów dla męskiego ego, w której główny bohater nie tyle ratuje świat od zagłady, co bohatersko walczy ze swoimi zdemonizowanymi frustracjami. W każdym z odcinków Bond zostaje schwytany i torturowany. Czy nie jest to cena, którą (w nieświadomych oczach widza) musi zapłacić za bycie perfekcyjnym?


Dla kogo właściwie pracuje 007?

W „klasycznych” opowieściach o Bondzie właściwie nie trzeba było wyjaśniać, dlaczego druga strona była zła. Potworne cechy przeciwnika zwalniają autora z obowiązku udowadnianiu, że kapitalizm i „brytyjskość” stanowią lepszą alternatywę dla sowieckiego komunizmu. Zresztą nie o to przecież chodzi w Bondzie. Przeciwnicy są po to, żeby 007 mógł ich pokonać, a nie żeby coś im udowadniał. Niemniej w starych opowieściach o Bondzie antagonista, mimo że potworny, dysponował jakąś bliżej nie sprecyzowaną, ale całościową wizją świata – jego ambicje były jak najbardziej globalne. Możemy się jedynie domyślać, że gdyby Bond w którymś momencie zawiódł, obudzilibyśmy się pod władzą reżimu, będącego perwersyjną wersją Korei Północnej.

Odejście od tego schematu widoczne jest w „nowym” Bondzie - w filmach, w którym w rolę agenta wciela się Daniel Craig. Przeciwnik z „Casino Royale” z 2006 nie ma ambicji podbicia świata i zaprowadzeniu w nim swojego (oczywiście potwornego) porządku. Z zawodu jest bankierem. Ideowo jest właściwie pozbawionym skrupułów liberałem. Sieje chaos (dereguluje rynki?), by dorobić się na wahaniach indeksów giełdowych. W fabułę filmu „Casino Royale” wbudowana jest teoria spiskowa na temat 11 września – dzień po zamachach ktoś zbija fortunę spekulując akcjami firm lotniczych.

Można zaryzykować stwierdzenie, że nowy Bond nie broni już po prostu Wolnego Świata przed zakusami wroga, który ów zamierza posiąść i ujarzmić. Nie, tym razem wróg ma skromniejsze cele. Paradoksalnie sprawia to, że Wolny Świat stał się dużo bardziej narażony na ciosy niż wcześniej – zły nie atakuje ławą, nie chce ukraść złota z Fortu Knox, ani nie straszy kradzioną bombą atomową. Nie, on po prostu gra na giełdzie. I wykazuje prywatną inicjatywę w handlu bronią.

W nowej wersji Wolny Świat przybiera całkiem konkretną postać „welfare state” - ostoi pokoju, stabilizacji i regulacji. Jest to Wolny Świat z ludzką twarzą, podobnie jak w parodii Allen był antagonistą z ludzką twarzą. Jako że państwo dobrobytu narażone jest na knowania nie tyle demonicznych komunistów, co demonicznych spekulantów, linia ideologiczna agenta 007 niepostrzeżenie nabiera lewicowego charakteru. Chciałoby się rzec: „Dobra robota, towarzyszu Bond.”

Główne ostrze krytyki „nowego” Bonda skierowane jest przeciwko postaci szorstkiego brutala, którego gra Craig, zupełnie niepodobnego do szarmanckiego dżentelmena z jaki zwykło się kojarzyć 007. Moim zdaniem ta ewolucja wydaje się współgrać z innymi zmianami jakie zaszły w serii. „Stary” Bond musiał jakoś uosabiać całym sobą wyższość bliżej niesprecyzowanej idei Wolnego Świata. Wcielał się w to, co zapewne Fleming uważał za szczytowe osiągnięcie zachodniej cywilizacji – białego Brytyjczyka o arystokratycznych manierach. Odkąd Wolny Świat został dookreślony pod postacią państwa dobrobytu, które chroni swoich obywateli przed skutkami nieprzewidzianych wahań giełdowych, agent walczący w „słuszniejszej” sprawie najwidoczniej nie musi już nadrabiać ideologicznych niedostatków arystokratyczną pozą.

Czy James Bond poczuł ulgę, zrzucając gorset imperialnych manier?

21:33, erm.land
Link Komentarze (2) »