Ten krótki tekst został zainspirowany jedną z tych dyskusji, w których toku stanowiska obu stron coraz bardziej się polaryzują. Jest to więc zdecydowanie szukanie argumentów pod tezę, a nie próba krytycznej interpretacji. Zresztą żaden ze mnie fan ani znawca Bonda - serię znam przede wszystkim z omówienia Umberto Eco w eseju ze zbioru "Superman w literaturze masowej".
Z drugiej strony, oglądając "Quantum of Solace", miałem niesamowitą przyjemność patrzeć jak JB rozprawia się z kapitalistyczną międzynarodówką i niesie nadzieję na sprawiedliwość społeczną w dotkniętej suszą Boliwii.
Egzorcyzm dla pretendującego macho
W filmie „Casino Royale” z 1967,
parodii przygód Jamesa Bonda, w jednej z ostatnich scen tym złym,
stojącym za diaboliczną organizacją, której celem jest zdobycie
władzy nad światem, okazuje się być bohater grany przez Woodiego
Allena. Tajną bronią masowej zagłady jest bomba, która zabije
wszystkich mężczyzn przystojniejszych od Allena.
Film nie zyskał dobrych recenzji.
Głównie z powodu pogmatwanej (nawet jak na parodię) fabuły.
Poszczególne wątki podejmowane są tylko po to, by za chwilę
zostały porzucone i zapomniane (nad filmem pracowało –
niezależnie od siebie – pięciu różnych reżyserów). Niemniej
jeden z tych wątków - nowojorski komik w roli głównego złoczyńcy -
jest, moim zdaniem, całkiem trafioną dekonstrukcją postaci
antagonisty Bonda.
Typowy przeciwnik agenta 007 jest
potworem. Jest niestabilny psychicznie, zdeformowany fizycznie, z
zaburzoną seksualnością. Często pochodzi z Europy Wschodniej,
albo innej „niecywilizowanej” części świata. Na pewno nie jest
Anglikiem. Postępuje według misternego planu, który w końcu i tak
go zawiedzie. Jest całkowitym przeciwieństwem Bonda – opanowanego
atlety, pewnego siebie, pełnego seksualnej energii, nad którą
potrafi panować i której nie zawaha się użyć.
Teoretycznie każda część przygód
Bonda rozgrywa się na jakimś szerszym tle. Bond walczy z
wysłannikami Związku Radzieckiego albo z jakimiś tajemniczymi
organizacjami dążącymi do władzy nad światem. Źli walczą
jednak nie tyle z Wolnym Światem, co z samym Bondem –
ucieleśnieniem wszystkiego tego, czym nie są i nigdy nie będą.
Czasami warto pochylić się nad ich tragicznymi, z góry skazanymi
na niepowodzenie próbami.
W „Casino Royale” z 1967 trik z
głównym przeciwnikiem polega na tym, że nagle nabiera on bardzo
ludzkich cech - staje się postacią z krwi i kości, a nie kolejnym
demonicznym złoczyńcą z kraju za górami. Właściwie wszystko
jest tak samo, tyle że tym złym okazuje się typowy neurotyk i
frustrat, w którego Allen wciela się chyba we wszystkich swoich rolach. Czy (męski) widz patrzy na samego siebie – gościa, który
chciałby być taki jak Bond, ale nigdy nie będzie? Kogoś, kto fascynując się Bondem, jednocześnie skrycie (Allen w
końcu też ukrywa resentyment za demoniczną maską) go nienawidzi.
Przez pryzmat postaci Allena jako
antagonisty można spojrzeć na sztampowe fabuły opowieści z
Bondem jak na serię egzorcyzmów dla męskiego ego, w której główny
bohater nie tyle ratuje świat od zagłady, co bohatersko walczy ze
swoimi zdemonizowanymi frustracjami. W każdym z odcinków Bond
zostaje schwytany i torturowany. Czy nie jest to cena, którą (w
nieświadomych oczach widza) musi zapłacić za bycie perfekcyjnym?
Dla kogo właściwie pracuje 007?
W „klasycznych”
opowieściach o Bondzie właściwie nie trzeba było wyjaśniać,
dlaczego druga strona była zła. Potworne cechy przeciwnika
zwalniają autora z obowiązku udowadnianiu, że kapitalizm i
„brytyjskość” stanowią lepszą alternatywę dla sowieckiego
komunizmu. Zresztą nie o to przecież chodzi w Bondzie. Przeciwnicy
są po to, żeby 007 mógł ich pokonać, a nie żeby coś im
udowadniał. Niemniej w starych opowieściach o Bondzie antagonista,
mimo że potworny, dysponował jakąś bliżej nie sprecyzowaną, ale
całościową wizją świata – jego ambicje były jak najbardziej
globalne. Możemy się jedynie domyślać, że gdyby Bond w którymś
momencie zawiódł, obudzilibyśmy się pod władzą reżimu, będącego
perwersyjną wersją Korei Północnej.
Odejście od tego
schematu widoczne jest w „nowym” Bondzie - w filmach, w którym
w rolę agenta wciela się Daniel Craig. Przeciwnik z „Casino
Royale” z 2006 nie ma ambicji podbicia świata i zaprowadzeniu w
nim swojego (oczywiście potwornego) porządku. Z zawodu jest
bankierem. Ideowo jest właściwie pozbawionym skrupułów liberałem.
Sieje chaos (dereguluje rynki?), by dorobić się na wahaniach
indeksów giełdowych. W fabułę filmu „Casino Royale” wbudowana
jest teoria spiskowa na temat 11 września – dzień po zamachach
ktoś zbija fortunę spekulując akcjami firm lotniczych.
Można zaryzykować
stwierdzenie, że nowy Bond nie broni już po prostu Wolnego Świata
przed zakusami wroga, który ów zamierza posiąść i ujarzmić.
Nie, tym razem wróg ma skromniejsze cele. Paradoksalnie sprawia to,
że Wolny Świat stał się dużo bardziej narażony na ciosy niż
wcześniej – zły nie atakuje ławą, nie chce ukraść złota z
Fortu Knox, ani nie straszy kradzioną bombą atomową. Nie, on po
prostu gra na giełdzie. I wykazuje prywatną inicjatywę w handlu
bronią.
W nowej wersji
Wolny Świat przybiera całkiem konkretną postać „welfare state”
- ostoi pokoju, stabilizacji i regulacji. Jest to Wolny Świat z ludzką twarzą,
podobnie jak w parodii Allen był antagonistą z ludzką twarzą.
Jako że państwo dobrobytu narażone jest na knowania nie tyle
demonicznych komunistów, co demonicznych spekulantów, linia
ideologiczna agenta 007 niepostrzeżenie nabiera lewicowego
charakteru. Chciałoby się rzec: „Dobra robota, towarzyszu Bond.”
Główne ostrze krytyki „nowego”
Bonda skierowane jest przeciwko postaci szorstkiego brutala, którego gra Craig, zupełnie niepodobnego do szarmanckiego dżentelmena z jaki zwykło
się kojarzyć 007. Moim zdaniem ta ewolucja wydaje się
współgrać z innymi zmianami jakie zaszły w serii. „Stary”
Bond musiał jakoś uosabiać całym sobą wyższość bliżej
niesprecyzowanej idei Wolnego Świata. Wcielał się w to, co
zapewne Fleming uważał za szczytowe osiągnięcie zachodniej
cywilizacji – białego Brytyjczyka o arystokratycznych manierach.
Odkąd Wolny Świat został dookreślony pod postacią państwa
dobrobytu, które chroni swoich obywateli przed skutkami
nieprzewidzianych wahań giełdowych, agent walczący w
„słuszniejszej” sprawie najwidoczniej nie musi już nadrabiać
ideologicznych niedostatków arystokratyczną pozą.
Czy James Bond
poczuł ulgę, zrzucając gorset imperialnych manier?